polscy pilkarze ktorzy odeszli

Janusz Weiss (31 maja 1948 - 10 marca 2023) Janusz Weiss zmarł 10 marca 2023 roku w wieku 74 lat. Dziennikarz walczył z poważną chorobą. Jego grób znajduje się na cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie. - Był ikoną radia. Wydawało się, że to jest taki człowiek, który będzie nam zawsze towarzyszył - zaznacza w Dzień Dobry Był to jasny sygnał, że uciekł na Zachód - mówi dr Sebastian Pilarski. Z historykiem IPN-u rozmawiamy o słynnych ucieczkach polskich piłkarzy w czasach PRL-u. Paweł Grabowski. Władze PRL w latach 1957 - 1988 zatajały ucieczki polskich zawodników na Zachód. Cezary Tobolik, były piłkarz Cracovii sprzedał majątek, a zebrane dolary Kluczowi piłkarze Cracovii, którzy odeszli z niej w ostatnich 10 latach. Milos Kosanović Odszedł z Cracovii po rundzie jesiennej sezonu 2013/2014. Grał w "Pasach" 3,5 roku a ostatnią rundę Niespełniony talent polskiej piłki. Gdy miał kilkanaście lat wziął udział w wyścigu samochodowym na ulicach Krakowa i przypadkowo potrącił kolegę z Wisły. Został wypożyczony do 26.10.2023, 03:03. Oni odeszli w 2023 roku. Wśród zmarłych artyści, sportowcy i dziennikarze. Fot. el lobo/Shutterstock. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy na wieczny spoczynek udało się wiele postaci ze świata kultury, sportu, mediów czy polityki. Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny stanowią dobrą okazję do Dating 2 Months What To Expect. Podczas roku wielkiej piłkarskiej imprezy letnie okno transferowe zwykle było bardzo emocjonujące. W związku z przeniesieniem mundialu w Katarze na listopad, pewnie to zimowe stanie się bardziej interesujące. W najbliższych dwóch miesiącach i tak jednak dojdzie do wielu zmian, w tym z udziałem Polaków. Kto ma zatem szansę na transfer?32 mln euro za Arkadiusza Milika, 27,5 mln euro za Grzegorza Krychowiaka, 11 mln euro za Kamila Glika. Co łączy te wszystkie kwoty i nazwiska? To transfery, których dokonano tuż po wielkiej imprezie – Euro 2016, na której Polacy pokazali się z bardzo dobrej strony. Co dwa lata mistrzostwa świata bądź Europy były oknami wystawowymi dla wielu piłkarzy. Ci, którzy zaprezentowali się pozytywnie, szli za grube miliony jeszcze tego samego lata do innego klubu. Teraz z powodu przełożenia mundialu w Katarze sytuacja ma się nieco pojechać na mistrzostwa świata wielu piłkarzy zostanie zmuszonych znaleźć kluby, gdzie będą mogli liczyć na regularną grę. Wśród takich są również polscy zawodnicy, którzy w ostatnim czasie spędzali mniej czasu na boisku, a powołanie na czerwcowe zgrupowanie otrzymali nieco za zasługi. Zestawiliśmy wszystkich piłkarzy powołanych przez Czesława Michniewicza na czerwcowe zgrupowanie i zbadaliśmy ich sytuację kadrową. Do całej grupy dorzuciliśmy trzy nazwiska: Paweł Dawidowicz, Jakub Moder, Bartosz Salamon, którzy znajdują się w kręgu zainteresowań selekcjonera, a wypadli ze składu z powodu kontuzji. Wszystkich poszeregowaliśmy według pozycji i statusów: odejdą bądź odeszli, mogą odejść, zostaną w swoich Drągowski – podczas ostatniego zgrupowania zaprezentował się z dobrej strony, pomimo straty sześciu goli z Belgią. Była to jednak jedna z niewielu okazji, by pokazał się szerszej publice. Stracił miejsce w pierwszym składzie Fiorentiny. Sprawia to, że nadeszła ostateczna pora na rozstanie z Violą. Golkiper miał propozycję transferu do Hiszpanii, ale prawdopodobnie wybierze opcję angielską. Zainteresowane pozyskaniem go jest Southampton. Wiele wskazuje na to, że właśnie tam powędruje Kędziora – ostatnie miesiące są dla niego bardzo trudne. Musiał uciekać przed wojną na Ukrainie. By utrzymać formę przeniósł się do Lecha Poznań na wypożyczenie. Tam jednak nie miał łatwo z grą i podczas ostatniego zgrupowania nie spędził na boisku ani minuty. Teraz wraca do Dynama Kijów, ale nie wiadomo, jaka będzie jego ani zespołu przyszłość. Być może zostanie ponownie zmuszony opuścić chwilowo ukraińską Puchacz – po zgrupowaniu wybierze się na krótki urlop, a po nim powróci do Berlina. Ostatnie pół roku spędził na wypożyczeniu w Trabzonsporze, z którym zdobył mistrzostwo Turcji. Nie można jednak powiedzieć, że był kluczową postacią tureckiego klubu. Nie może również liczyć na pewny skład i taryfę ulgową po powrocie do Unionu. Jeśli od razu nie wejdzie do składu Żelaznych, znowu może znowu szukać szczęścia na Bielik – otrzymał ultimatum od Czesława Michniewicza przed czerwcowym zgrupowaniem. Albo odchodzi z Derby County albo nie pojedzie na mundialu do Kataru. Selekcjoner wytłumaczył jasno, że nie powoła zawodnika występującego na trzecim poziomie rozgrywkowym w Anglii. Dla samego piłkarza nie jest to jednak dobry czas na zmianę klubu. Podczas czerwcowego zgrupowania opuścił wszystkie mecze z powodu kontuzji. Ciężko przypuszczać, by jakiś klub zaryzykował jego kupno, zdając sobie sprawę z wybrakowanego zdrowia. Jeśli Bielik znajduje się w pełni formy, prezentuje nawet poziom Premier League. Pytanie czy ktoś odważy się na taki ruch. Sam piłkarz nie ma wiele do stracenia. Zespół musi zmienić, jeśli marzy o Góralski – przeszedł już po testy medyczne przed transferem do VfL Bochum. Odejście z Kajrata Ałmaty pozostało zatem kwestią dni. Tu rodzi się pierwsze poważne pytanie, jak pomocnik poradzi sobie w Bundeslidze. Ma spore szanse na grę, drużyna Thomasa Reis prezentuje preferowany przez niego styl, o czym już pisaliśmy. Niemniej każda zmiana obarczona jest pewnym Kamiński – jego transfer został już ogłoszony zimą. Lech Poznań sprzedał go do Wolfsburga za 10 mln euro, ale wiosnę spędził jeszcze w Kolejorzu. Za cel postawił sobie zdobycie mistrzostwa Polski i go zrealizował. Teraz przed nim nowy wyzwanie i jeszcze więcej pracy. Spotkania Ligi Narodów pokazały, że ma ogromny potencjał, ale występy na tle lepszy rywali uwypukliły rzeczy do poprawy. W zespole Wilków nie będzie miał łatwo. Do drużyny przyszedł nowy trener – Niko Kovac, co oznacza wzmożoną walkę o skład. Konkurentów do gry jest kilku. Nie stoi jednak na straconej Krychowiak – ostatnie miesiące spędził owocnie w AEK Ateny. Grecki klub chciałby go zatrzymać na stałe, lecz nie jest w stanie spełnić oczekiwań finansowych piłkarza i Krasnodaru. Pomocnik prowadzi rozmowy z rosyjskimi działaczami nt. swojej przyszłości, dlatego zabrakło go podczas ostatniego meczu Ligi Narodów z Belgią. Najchętniej odszedłby z Rosji, ale sytuacja się komplikuje. Jego przyszłość pozostaje Szymański – kolejny z piłkarzy, którego przyszłość zdeterminowała inwazja Rosji na Ukrainę. Spadła na niego krytyka za to, że został na Wschodzie. Dokończył sezon w Dynamie Moskwa, ale zapowiedział, że odejdzie z drużyny w letnim oknie transferowym. W grze o niego pozostają kluby z Anglii, Włoch i Hiszpanii. Decyzja zostanie podjęta Żurkowski – zagrał świetny sezon w Empoli, gdzie występował na wypożyczenie z Fiorentiny. Azzuri posiadają opcję wykupu pomocnika za 3,5 mln euro, z której skorzystają. Viola zachowała sobie opcję natychmiastowego wykupu Polaka, ale prawdopodobnie z niej nie Buksa – jego transfer do Lens stał się faktem. Do francuskiego klubu trafił za rekordowe ponad dziewięć milionów euro. W MLS w zespole New England Revolution dokładał cegiełkę do gola w co drugim meczu. We Francji czekają go nowe wyzwania. Konkurencja do gry w ataku jest dość spora. Zobaczymy, jak sobie z nią Lewandowski – kategorycznie określił, że nie widzi swojej przyszłości w Monachium i oczekuje nowych wrażeń. Te ma znaleźć w Barcelonie. Aktualnie to jedyny możliwy kierunek transferowy dla napastnika Bayernu. Klub z Bawarii oczekuje 50 mln euro za swojego piłkarza. Duma Katalonii nie jest na razie w stanie tyle zapłacić. Sprawa jest Piątek – Fiorentina wciąż bije się z myślami czy wykupić napastnika z Herthy. Ustalona wcześniej kwota odstępnego – 15 mln euro – jest za wysoka dla Violi i trwają negocjacje nad jej obniżeniem do wartości poniżej 10 mln euro. Jeśli jednak Piątek wróci do Berlina, Stara Dama postara się sprzedać go jak najszybciej, by zszedł z najwyższego kontraktu w zespoleMogą odejśćBramkarze:Kamil Grabara – zagrał rewelacyjny sezon w lidze duńskiej. Regularnie zachowywał czyste konta, bijąc rekord rozgrywek. Zadebiutował również w reprezentacji Polski. Choć w Kopenhadze występuje od zaledwie roku, to pytają już o niego kluby Bundesligi. Wobec zapowiadanej dominowej zmiany bramkarzy w niemieckich klubach, może przenieść się właśnie w tym Bednarek – za nim kolejny sezon na szczeblu Premier League. Niedawno przedłużył umowę z Southamtpon do 2025 roku. Wciąż wzbudza jednak zainteresowanie innych, większych angielskich klubów. Ostatnio pojawiły się również informacje jakoby trafił na radary działaczy z Włoch, szczególnie AS Roma. Dla 26-latka może to być krok naprzód w karierze. Pytanie czy zdecyduje się na niego tuż przed Bereszyński – w Sampdorii Genua jest już ważną postacią. Występuję tam od pięciu lat, a od co najmniej trzech w każdym oknie transferowym mówi się o jego zmianie klubu. Zwykle nie jest jednak pierwszym wyborem i do transferu nie dochodzi. 29-latek wciąż szuka wrażeń. Prawdopodobnie to jednak z ostatnich okazji, by zaistnieć w innym większym włoskim klubie. Temat Inter Mediolan przewijał się Dawidowicz – gdyby nie kontuzja pewnie odszedłby z Hellasu Verona za kilkanaście milionów euro. Uraz zatrzymał wszystko, wraz z marzeniami o wyjeździe na mundial. Obecnie obrońca walczy z czasem i to nie najlepszy okres na zmianę klubu. Niemniej któryś z działaczy może to wykorzystać, odważnie sprowadzając zawodnika z kontuzją, czym zmniejszy kwotę Cash – jeszcze kilka tygodni temu trafiłby z pewnością do rubryki odejdą. Temat jego przejścia do Atletico Madryt w ostatnich dniach przycichł i prawdopodobnie do transferu nie dojdzie. Teraz czeka na kolejne oferty. Obrońca Aston Villi zbudował sobie w Anglii bardzo dobrą Kamiński – wydawało się, że po awansie Schalke 04 Gelsenkirchen będzie pewnym punktem zespołu w Bundeslidze. Nowy trener – Frank Kramer, roczny kontrakt i inne wzmocnienia sprawiają, że przed obrońcą pojawił się duży znak zapytania. Sam również mówił nam o nim przed zgrupowaniem reprezentacji Polski, podczas którego nie zagrał żadnego meczu. Pomimo że był podstawowym piłkarzem, może nie utrzymać miejsca w składzie i odejdzie Pestka – po udanym sezonie w Ekstraklasie, otrzymał powołanie do reprezentacji Polski. Nie doczekał się debiutu, ale zagranicznego wyjazdu już może. Zanosiło się na niego już od od dobrych trzech lat i młodzieżowego Euro z 2019 roku. Teraz może dojść do finalizacji transferu. Obrońcą interesują się włoskie Wieteska – po słabym sezonie Legii, warszawski klub będzie chciał załatać dziurę budżetową. Jedyną opcją jest sprzedaż wyróżniających się piłkarzy. Takim był Wieteska, który z Belgią zaliczył debiut w dorosłej reprezentacji. Szczegółów przenosin brak, ale w sytuację defensora bacznie obserwują kluby Linetty – w Torino trzyma go jedynie wysoki kontrakt. Jest on problemem dla innych klubów. W grę o reprezentanta Polski włączyły się Schalke 04 Gelsenkirchen i Hertha Berlin. Temat przejścia do Niemiec przycichł po ujawnieniu zarobków Linettego. Pojawiła się natomiast opcja powrotu do Sampdorii. Mógłby wrócić na stare śmieci, stając się elementem wymiany piłkarzy między klubami. W jego miejsce do Turynu miałby trafić Omar Colley. Linetty, podobnie jak Bielik, otrzymał ultimatum od Michniewicza. Jeśli nie będzie grał, biletu do Kataru nie Zieliński – dostał zielone światło od Napoli na znalezienie sobie nowego klubu. Stracił w końcówce sezonu miejsce w pierwszym składzie drużyny spod Wezuwiusza. Sam jednak dobrze czuje się w Neapolu i niechętni by go opuszczał. Jednak może to być nieuniknione, a bodziec w postaci zmiany klubu podziała na niego mobilizująco. W jego kontekście mówiło się o zainteresowaniu ze strony Bayernu Milik – zdrowy i w formie jest rewelacyjnym napastnikiem. Takich momentów nie ma dużo. W Marsylii popadł w konflikt z trenerem Jorge Sampaolim. Było blisko, by jeden, albo drugi odszedł z OM. Na razie sprawa przycichła, ale z Milikiem nigdy nic nie wiadomo. Wciąż bacznie obserwują go włoskie Szczęsny i Łukasz Skorupski – obaj są już po trzydziestce. Nie szukają już większych wrażeń. Ustatkowali się we Włoszech, gdzie znaleźli odpowiednie miejsce do życia. Założyli tam rodziny. Szczególnie Skorupski jest gwiazdą w swoim zespole. Szczęsny również nie ma na co narzekać, bowiem w ostatnim sezonie ustabilizował swoją pozycję między słupkami, kilkukrotnie broniąc rzuty karne. Nic nie zanosi się na to, że w letnim oknie transferowym odejdą z Juventusu bądź Glik – dla reprezentacji Polski poświęcił awans do Serie A z Benevento Calcio. Choć Czarownice miały problemy właścicielskie, to nie zanosi się na to, by drużyna została rozwiązana. Wobec tego Glik prawdopodobnie zostanie na poziomie Serie B, by móc w spokoju przygotowywać się do mundialu. Problemów z grą nie powinien Gumny – przed nim trzeci sezon w Augsburgu. Pierwszy stracił z powodu dużych braków fizycznych. Występował wtedy na nienaturalnej dla siebie lewej obronie. W drugim trapiły go urazy, przez co nie potrafił ustabilizować formy. W trzecim podejściu w końcu ma pokazać na co go stać. Podczas czerwcowego zgrupowania reprezentacji Polski zaprezentował, że drzemie w nim potencjał. Najlepiej uwolnić go w Kun – w Częstochowie znalazł swoje miejsce do życia i gry. Jest wyróżniającym się wahadłowym Ekstraklasy, ale nie zanosi się, by któryś z zagranicznych klubów przychylniej spojrzał na jego kandydaturę. Dalej będzie reprezentował solidność w Rakowie. Okazji do pokazania się na arenie międzynarodowej nie otrzymał podczas Ligi Kiwior – dwoma meczami w reprezentacji Polski pokazał, że może z marszu wskoczyć do podstawowego składu kadry. Z orzełkiem na piersi występuje jednak na innej niż w klubie pozycji. W Spezii częściej gra jako defensywny pomocnik. Do włoskiego klubu trafił przed rokiem, obowiązuje go jeszcze trzyletnia umowa i nie zanosi się na Salamon – po urazie odniesionym podczas marcowego zgrupowania jeszcze się nie podniósł. Mimo to mógł świętować mistrzostwo Polski z Lechem Poznań. W przyszłym sezonie zamierza udanie wystąpić z Kolejorzem w europejskich pucharach. Zagraniczne wojaże za nim, dlatego najpewniej zostanie w Frankowski – dopiero niedawno przeniósł się z USA do Francji. W Lens robi furorę. Wybrano go największym odkryciem Ligue 1. Cały czas musi budować swoją pozycję w zespole. Regularna gra będzie istotna do tego, by otrzymać bilet do Grosicki – zimą miał propozycję przejścia do Lorient, ale nie zdecydował się na ten ruch. To pokazuje jak bardzo zależy mu na regularnej grze, którą gwarantuje Pogoń Szczecin. Nie powinien opuścić Portowców aż do Jóźwiak – dopiero niedawno przeniósł się z Derby County do MLS. W Charlotte FC jeszcze nie ustabilizował swojej pozycji. Ma na to najbliższe miesiące, by móc liczyć na bilet do Klich – jest podstawowym zawodnikiem Leeds United. W ostatnim sezonie, po odejściu Marcelo Bielsy, jego pozycja nieco osłabła, w wyniku czego cały czas musi udowadniać swoją wartość. Nie zanosi się na jego rozstanie z Michalak, Damian Szymański – obaj przeszli podobną drogę: od wypożyczenia z Achmata Grozny po ich sprzedaż do klubów basenu Morza Śródziemnego. Ani Michalak w Konyasporze, ani Szymański w AEK Ateny nie mają na tyle silnych pozycji, by myśleć o kolejnej zmianie Moder – kontuzja sparaliżowała jego rozwój i postawiła pod znakiem zapytania jego wyjazd na mistrzostwa świata. Trwa wyścig z czasem. To najgorszy możliwy moment na zmianę klubu, dlatego ona nie nastąpi. W końcu Brighton to miejsce, gdzie Moder świetnie się Płacheta – w Premier League nie był w stanie na dłużej wygrać rywalizacji na skrzydle. Po spadku i w raz z odejściem kilku ważnych piłkarzy może w końcu liczyć na regularne występy w Norwich w Championship. Nie powinien wobec tego decydować się na Zalewski – na początku niedawno zakończonego sezonu był blisko wypożyczenia z AS Roma. Zaufał jednak słowom Jose Mourinho, doczekał się szansy w pierwszym składzie i w pełni ją wykorzystał. W przyszłym sezonie, po powrocie po kontuzji Leonardo Spinazzoli rywalizacja o miejsce na lewym wahadle będzie jeszcze większa. Nic nie wskazuje na to, by Zlewski miał z niej zrezygnować i odejść z Świderski – dopiero niedawno przeniósł się z PAOK Saloniki do MLS. Tam już zaczął zaprowadzać swoje rządy. Według doniesień amerykański dziennikarzy był jednym z przyczynków do zwolnienia trenera Miguela Angela Ramireza. Czuje się pewnie za oceanem. Powinien kontynuować swój harmonijny rozwój. WIĘCEJ O REPREZENTACJI POLSKI:Porozmawiajmy o pewniakach. Kto szykuje się już na wyjazd do Kataru?Trening biegowy i kilka okazji. Belgowie wciąż poza zasięgiemJak za Brzęczka – Liga Narodów to lekcja bieganiaCzar Narodowego prysł? Tym razem szczęścia nie mieliśmyFot. Newspix Piłka nożna to piękny sport, w którym liczy się zaangażowanie, rywalizacja i pasja. Byli tacy zawodnicy, którzy ostatnie chwile swojego życia spędzili na murawie stadionu. Niewykryte schorzenia i choroby spowodowały, że niektórzy odeszli z tego świata grając mecz. Piłkarze, którzy zmarli na boisku są osobami, które do końca swoich dni robili to, co kochali. Antonio PuertaMarc-Vivien FoéPatrick EkengMiklos FeherRenato Curi Antonio Puerta Piłkarz hiszpańskiej Sevilli, z którą wznosił takie trofea jak Puchar UEFA, Puchar Króla, Superpuchar Hiszpanii, Superpuchar Europy. Przed nim dopiero była wielka kariera. 25 sierpnia 2007 roku, w jednej z pierwszych ligowych kolejek, Sevilla mierzyła się z Getafe. Puerta upadł na murawę i jak się potem okazało doznał ataku serca. Pomoc lekarzy nie okazała się skuteczna. Jego imieniem nazwana jest jedna z ulic Sewilli, a jego dziecko, które przyszło na świat kilka miesięcy po śmierci taty, zostało od razu zarejestrowane, jako członek klubu. Zmarł w wieku 23 lat. Marc-Vivien Foé Piłkarz pochodzący z Kamerunu, który grał dla takich klubów jak West Ham United, RC Lens, Manchester City czy Olympique Lyon. 26 czerwca 2003 roku wraz z reprezentacją brał udział w Pucharze Konfederacji w 2003 roku. W czasie półfinału z Kolumbią zasłabł i stracił przytomność. Przyczyną śmierci był atak serca. Numer 17, z którym Foe występował na co dzień, jest zastrzeżony w reprezentacji Kamerunu, Olympique Lyonie i RC Lens. Zmarł mając 28 lat. Patrick Ekeng Inny zawodnik pochodzący z Kamerunu, który zmarł kilka tygodni temu. Był piłkarzem Dinama Bukareszt. Mecz ligi rumuńskiej był transmitoway przez telewizję. W 70. minucie meczu Ekeng upadł na murawę. Bardzo szybko została mu udzielona pomoc, jednak nie okazała się ona skuteczna. Pomocnik zmarł na zawał serca. Miał 26 lat. Miklos Feher Węgierski piłkarz, grający w takich klubach jak: FC Porto czy Benfica Lizbona. W swoim ostatnim meczu wszedł na boisko z ławki rezerwowych. Pod koniec spotkania Feher bezwładnie upadł na plecy. Koledzy z boiska od razu próbowali pomóc cierpiącemu koledze, aby ten nie połknął swojego języka. Główną przyczyną śmierci była arytmia serca. Benfica zastrzegła numer 29 i od tamtej pory nikt nie może zagrać z nim na koszulce. Piłkarz zmarł w wieku 24 lat. Renato Curi Włoski pomocnik, który był zawodnikiem Perugii w latach 70-tych. Piłkarz zmarł w trakcie meczu z Juventusem. Na kilka minut przed rozpoczęciem drugiej połowy dostał ataku serca. Pomoc nie okazała się skuteczna i Roberto Curi zmarł mając 24 lata. Stadion Perugii jest nazwany jego imieniem. Miejmy nadzieję, że już nigdy taka tragedia nie spotka żadnego piłkarza. I ta lista 5 piłkarzy, którzy zmarli na boisku nigdy już się nie powiększy. (źródło: Kliknij, aby ocenić ten post! [Całkowite: 5 Średnia: 5] 1 listopada wspominamy tych, którzy odeszli. W ciągu ostatniego roku pożegnaliśmy miedzy innymi piłkarzy grających na wysokim poziomie w Pogoni Szczecin. W wielkanocną sobotę, kiedy piłkarze Pogoni odnosili efektowne zwycięstwo nad Zagłębiem w Lubinie, odszedł od nas na zawsze 58-letni Jarosław Biernat. Był wychowankiem Pioniera Szczecin, ale bardzo szybko stał się graczem Pogoni. Wypatrzył go Joachim Gacka – w latach 60. ubiegłego wieku znakomity rozgrywający w Pogoni Szczecin, natomiast w latach 70. trener drużyny juniorów. Też już nie ma go wśród nas. Biernat trafił do dużej grupy piłkarzy, którzy terminowali później w zespole rezerw prowadzonym przez Eugeniusza Różańskiego. Byli tam tacy piłkarze, jak: Marek Włoch, Krzysztof Urbanowicz (obu również nie ma wśród nas), Jerzy Kruszczyński, Marek Anioła, Krzysztof Jędrzejewski, Janusz Turowski, Dariusz Krupa, Krzysztof Zięcik czy Marek Siwa. Każdy z nich grał później w ekstraklasie. Jarosław Biernat zadebiutował w ekstraklasie, nie mając jeszcze skończonych 18 lat. W inauguracyjnym spotkaniu nowego sezonu z ŁKS w Łodzi Hubert Fiałkowski (nie żyje od kilku lat) wystawił nastolatka obok takich piłkarzy, jak: Marek Szczech, Zbigniew Czepan (obaj odeszli kilka lat temu), Adam Kensy, Jerzy Stańczak. W sezonie 1978/79 debiutowali jeszcze inni nastolatkowie: Turowski, Zięcik, Krupa, Anioła. Degradacja po 13 latach Napływ młodzieży do pierwszego składu był zbyt duży, zbyt gwałtowny. Pogoń po 13 latach nieprzerwanej gry w ekstraklasie spadła o szczebel niżej. 18-letni Biernat nawet nie pamiętał jak to jest, gdy Pogoń gra w drugiej lidze. Po raz ostatni było to przecież w sezonie 1965/66, kiedy Biernat miał zaledwie pięć lat, chodził do przedszkola i nie mógł się jeszcze interesować piłką nożną. Jego przygoda z dorosłym futbolem zaczęła się zatem od dużego rozczarowania, od degradacji, ale to jeszcze nie wszystko. Latem 1979 r. wraz z Januszem Turowskim i Dariuszem Krupą wyjechał na finałowy turniej mistrzostw Europy juniorów do Austrii. Biernat miał za sobą już 19 meczów w ekstraklasie, zdobył dwa gole, Turowski osiem meczów i dwa gole, a Krupa pięć spotkań. Polski zespół miał być jednym z faworytów, dla trójki młodych portowców miała to być rekompensata za degradację, jaka ich spotkała w ich pierwszym sezonie gry w seniorach. W rywalizacji juniorów też przyszło niepowodzenie. Polski zespół nie wyszedł z grupy, rozczarował i pozostawił po sobie złe wrażenie. 1 października 1979 roku drużynę Pogoni przejął Jerzy Kopa i wtedy wszystko się zmieniło. Biernat, podobnie jak jego reprezentacyjni rówieśnicy, musiał stawiać czoła lokalnym rywalom Stali Stocznia i Arkonii zamiast gigantom polskiego futbolu Legii czy Widzewowi. To była trudna nauka, ale dwa lata spędzone na zapleczu ekstraklasy tych piłkarzy mocno ukształtowały. Tyczkowaty chudzielec W roku 1981 Pogoń powróciła do ekstraklasy, a Biernat był jej kluczowym graczem. Co ciekawe, nigdy do końca nie został sprofilowany. Był piłkarzem ofensywnym, ale trudno było o nim powiedzieć, że to napastnik. Na pewno nie. Na pewno nie był też klasycznym rozgrywającym ani skrzydłowym. Był piłkarzem wysokim, trochę tyczkowatym, chudym, stąd jego przezwisko „Suchy”, ale świetnie umiał zdobywać przestrzeń. Bardzo często pełnił rolę tzw. wolnego elektrona, umiał znaleźć się w miejscu, gdzie rywalowi groziło największe niebezpieczeństwo. Dobrze grał głową, umiał ustawić się w polu karnym przy stałych fragmentach gry, kilka bramek w takich sytuacjach zdobył. Rundę jesienną roku 1981 Pogoń zakończyła na pierwszym miejscu w tabeli, natomiast wiosnę Biernat wraz z Turowskim i Krupą rozpoczęli od ćwierćfinałowych meczów młodzieżowych mistrzostw Europy z Anglią. Faworytem byli rywale, którzy w pierwszym meczu rozgrywanym w Warszawie wygrali 2:1 i rewanż wydawał się być formalnością. Tak jednak nie było. W Londynie Polacy odrobili straty, prowadzili 2:1 i wykonywali rzut karny, którego nie strzelił Dariusz Wdowczyk. Polacy mieli awans na wyciągnięcie ręki, ale po zmarnowanym karnym oddali inicjatywę, stracili drugiego gola i skończyło się wynikiem 2:2 premiującym przeciwnika. Od tamtej pory żadna młodzieżowa reprezentacja Polski nie miała tak dużych szans na awans do strefy medalowej. Jednym z piłkarzy tej drużyny był Biernat i nie był to koniec jego reprezentacyjnej przygody. Upomniał się Piechniczek W sezonie 1982/83 regularnie był powoływany do reprezentacji olimpijskiej, natomiast wiosną 1983 roku upomniał się o niego trener pierwszej reprezentacji Antoni Piechniczek. Przed polską reprezentacją był mecz ostatniej szansy na awans do finałowego turnieju mistrzostw Europy przeciwko drużynie ZSRR. Piechniczek powołał dwóch debiutantów z Pogoni Adama Kensego i Jarosława Biernata. Ten pierwszy zagrał od pierwszej minuty, był jednym z najlepszych piłkarzy na boisku, Biernat miał wejść na boisko w drugiej połowie. Ostatecznie w roli zmienników wystąpili Andrzej Iwan i Dariusz Dziekanowski. Biernat już nigdy później powołania do pierwszej reprezentacji Polski nie otrzymał, to był jego ostatni kontakt z drużyną narodową, a nie miał jeszcze nawet 23 lat. Niektórzy mówią, że dlatego że przeszedł do Legii, których piłkarzy Piechniczek tolerował z dużą rezerwą. Wiosna 1983 roku była najlepszym okresem w karierze Jarosława Biernata. Powołanie na mecz z ZSRR otrzymał po dziewięciu kolejkach rundy wiosennej, w których zdobył dziewięć goli. Popisał się hat trickiem w spotkaniu z GKS Katowice, strzelał gole jak na zawołanie niemal w każdym spotkaniu. Przeciwko kroczącemu po mistrzowski tytuł Lechowi i w ostatnim do obecnego roku wyjazdowym, zwycięskim meczu w Warszawie przeciwko Legii. Wiosną 1983 roku był prócz grającego w Gwardii Warszawa Dariusza Dziekanowskiego najbardziej gorącym piłkarskim towarem. Latem 1983 roku Dziekanowski trafił do Widzewa Łódź, a Biernat do Legii Warszawa, gdzie ponownie spotkał się ze swoim kompanem z Pogoni Januszem Turowskim. Najskuteczniejszy gracz Legii W Legii była plejada piłkarskich znakomitości włącznie z medalistami mistrzostw świata, ale Biernat nie miał żadnych problemów z miejscem w składzie. Był absolutnie pierwszym wyborem, zagrał w największej liczbie spotkań (29), był drugim najlepszym strzelcem (7 goli) za Andrzejem Buncolem. W kolejnym sezonie było podobnie. Biernat zagrał w 28 meczach i tym razem był najskuteczniejszym piłkarzem w zespole. Zdobył 8 goli. Przez trzy sezony utrzymywał równą, wysoką, reprezentacyjną formę. Wrócił do Pogoni, ale tylko na pół roku. Nie był już graczem, jakim go pamiętaliśmy. Cała Pogoń grała słabo, a Biernat nie pomagał. W przerwie zimowej sezonu 1985/86 wyjechał z Januszem Turowskim nielegalnie do RFN. Obaj otrzymali angaż w Eintrachcie Frankfurt, ale musieli odbyć roczną karencję spowodowaną dyskwalifikacją. Turowski zrobił w Bundeslidze karierę, ale Biernat już nie. Na poziomie Bundesligi zagrał w 12 meczach i zdobył jednego gola, w II Bundeslidze wystąpił w 39 spotkaniach i zdobył 7 goli, dwa razy zagrał w rozgrywkach o Puchar Zdobywców Pucharów. Los tak chciał, że w latach 80., najlepszych w dziejach Pogoni, Biernata nie było w drużynie odnoszącej swoje największe sukcesy. W roku 1984, kiedy Pogoń zajęła trzecie miejsce, Biernat był piłkarzem Legii, natomiast w roku 1987, kiedy Pogoń zostawała wicemistrzem Polski, Biernat był już piłkarzem Eintrachtu. W pamięci pozostanie jako piłkarz niezwykle utalentowany, ale jednak niespełniony. ©℗ Wojciech PARADA JAROSLAV MIHALIK (Lechia Gdańsk)Pod koniec letniego okienka transferowego wypożyczony do Lechii (do końca sezonu, z opcją sprzedaży). Kontuzjowany w meczu Pucharu Polski we wrześniu, wrócił do gry dopiero w grudniu. Efekt: jesienią zaledwie dwa krótkie występy w ekstraklasie. 1 listopada wspominamy tych, którzy odeszli. W wieku 71 lat zmarł Henryk Waliłko, wychowanek Arkonii Szczecin, były znakomity piłkarz tego klubu, mistrz Polski juniorów, następnie gracz Stali Stocznia Szczecin, po zakończeniu kariery trener wielu klubów z regionu, między innymi: Stali, a także Floty Świnoujście, Viktorii Przecław. W latach 70. wyjechał do USA, tam spotkał słynnego Eusebio, brązowego medalistę mistrzostw świata z roku 1966, króla strzelców tamtej imprezy, zdobywcę Złotej Piłki w roku 1965. Był rówieśnikiem Władysława Szaryńskiego, innego wychowanka Arkonii, który po opuszczeniu Szczecina zrobił dużą karierę w Górniku Zabrze, był mistrzem Polski, reprezentantem kraju, finalistą Pucharu Zdobywców Pucharów. Obaj byli podstawowymi graczami w zespole juniorów Arkonii, która w roku 1964 sięgnęła w Mielcu po tytuł mistrzów Polski juniorów, wyprzedzając między innymi gospodarzy imprezy z późniejszymi mistrzami Polski Zygmuntem Kuklą i Włodzimierzem Gąsiorem. W szczecińskim zespole występował wówczas też Ryszard Mańko, który dopiero w roku 1970 trafił do Pogoni, zadebiutował w reprezentacji Polski, a w barwach Pogoni w rozgrywkach ekstraklasy wystąpił w 173 meczach. Szczecin wylęgarnią talentów Szczecin w latach 60. ubiegłego wieku był wylęgarnią piłkarskich talentów. Wychowankiem Arkonii był też młodszy od Waliłki o dwa lata Henryk Wawrowski, natomiast rok po zwycięstwie w mistrzostwach Polski juniorów tytuł wicemistrzów Polski juniorów wywalczyli młodzi piłkarze Pogoni z takimi piłkarzami w składzie, jak: Zenon Kasztelan, Ryszard Malinowski, Jerzy Jatczak czy Andrzej Rynkiewicz. Henryk Waliłko nie mógł nigdy przeboleć faktu, że ze Szczecina wyjechał w młodym wieku Szaryński, jego kompan i przyjaciel z juniorskich czasów w Arkonii. W Szczecinie obowiązywała wtedy niepisana zasada, że dwa najsilniejsze kluby – Pogoń i Arkonia – nie będą podbierać sobie najlepszych piłkarzy. Działo się to jednak ze szkodą dla szczecińskiego futbolu i samych zawodników. – Szaryński mógł przejść do Pogoni, a nie tułać się po całej Polsce – mówił Henryk Waliłko, kolega Szaryńskiego z drużyny Arkonii. – W Pogoni byłby znakomitym uzupełnieniem dla Kasztelana i Kielca. Moim zdaniem talentem wcale nie ustępował nawet Lubańskiemu. Zabrakło mu trochę szczęścia, zbyt wiele czasu stracił na szukanie optymalnego dla siebie miejsca. Waliłko w swojej piłkarskiej karierze nie miał tyle szczęścia co jego koledzy z Arkonii: Szaryński, Mańko czy Wawrowski. Nigdy nie trafił do klubu w ekstraklasie, nie upomniała się o niego też Pogoń, która w drugiej połowie lat 60. stała się solidnym klubem ekstraklasy, podczas gdy Arkonia balansowała na krawędzi drugiej i trzeciej ligi. Debiut w wieku 17 lat Wychowanek Arkonii w pierwszym zespole na boiskach drugiej ligi zadebiutował w wieku 17 lat, niemal rok po wywalczeniu tytułu mistrza Polski juniorów. Dziś w tym wieku jest to raczej niespotykane. W trzeciej kolejce od końca szczecinianie podejmowali również zdegradowaną do niższej klasy rozgrywkowej Polonię Bydgoszcz, a młody wychowanek klubu, mistrz Polski juniorów, zastąpił na boisku legendę klubu Józefa Krajewskiego, który jest rekordzistą pod względem zdobytych goli dla Arkonii na boiskach ekstraklasy. Strzelił ich 11. Krajewski był piłkarzem 11 lat starszym, to była symboliczna zmiana pokoleniowa, tym bardziej że Arkonia nigdy później nie nawiązała już do tradycji z pierwszej połowy kat 60., kiedy Waliłko szkolił się w grupach młodzieżowych, Krajewski zdobywał gole w ekstraklasie, a Arkonia była nawet szóstą siłą w kraju. Henryk Waliłko grał w Arkonii do roku 1971. Jednym z najbardziej pamiętnych wydarzeń była ćwierćfinałowa potyczka w Pucharze Polski przeciwko Legii Warszawa wiosną 1969 roku w składzie z takimi piłkarzami, jak: Kazimierz Deyna, Robert Gadocha czy Lucjan Brychczy. To była wtedy wiodąca siła w kraju, ale też jeden z najlepszych zespołów w Europie, rok później półfinalista Pucharu Europy. Arkonia była wtedy beniaminkiem w drugiej lidze, powróciła na zaplecze ekstraklasy po trzech latach przerwy, swój premierowy sezon rozgrywała na dobrym poziomie, zakończyła go w środku tabeli, ale furorę robiła w rozgrywkach o Puchar Polski. Dotarła aż do ćwierćfinału, wyeliminowała wcześniej grające w ekstraklasie Zagłębie Wałbrzych. To był mecz do jednej bramki wygrany przez Arkonię 5:1. Legia bliska wyeliminowania W pierwszym ćwierćfinałowym meczu obserwowanym na stadionie w Lasku Arkońskim przez blisko 10 tysięcy kibiców bezbramkowo zremisowała u siebie z zespołem z Warszawy. W rewanżu nikt nie dawał jej szans, ale niewiele brakowało, by doszło do sensacji naprawdę dużego kalibru. Arkonia w drugiej połowie prowadziła już 2:0, drugiego gola zdobył Waliłko, ale gospodarze zdołali się zebrać i wygrali 3:2. Arkonia straciła niepowtarzalną szansę na historyczny sukces. Legia w półfinale trafiła bowiem na Unię Tarnów, która też występowała w drugiej lidze, z którą Arkonia umiała wygrać na jej boisku 3:0, a u siebie zremisowała 1:1. Finał Pucharu Polski był w zasięgu, ale ostatecznie zabrakło bardzo niewiele. Henryk Waliłko grał w Arkonii do roku 1971. Po zajściach z grudnia 1970 r. dyshonorem dla niektórych piłkarzy było grać w milicyjnym klubie, a takim była Arkonia. Ponadto szczecinianie przegrali walkę o awans do drugiej ligi z Lechem Poznań i Lechią Gdańsk – dziś potentatami w polskiej ekstraklasie, ale niespełna pół wieku temu konkurentami Arkonii w trzecioligowej rywalizacji. – W Arkonii grali albo milicjanci, albo stoczniowcy – wspominał niegdyś Waliłko. – Nie było możliwości, by jedni i drudzy występowali w jednej drużynie. Nie było też szans, by stoczniowcy dopingowali Arkonię. Sytuacja jeszcze bardziej się zaogniła po wydarzeniach z grudnia 1970 roku. W Stali Stocznia atmosfera była świetna. Szybko awansowaliśmy do trzeciej ligi, a następnie do drugiej. Mieliśmy dobrą drużynę, mnóstwo kibiców pracujących wówczas w stoczni. Stadion i ogródki działkowe Dziś drużyna Stali występuje na boisku przy ul. Bandurskiego. Nie zawsze jednak tak było. Początkowo mecze rozgrywała na piaszczystym boisku przy ul. Dubois. Było blisko stoczni, dlatego kibiców zawsze było sporo. – Dopiero później przenieśliśmy się na ul. Bandurskiego – kontynuował H. Waliłko. – Wtedy był to stadion na uboczu. Nie było tych wszystkich bloków, które obecnie otaczają obiekt. Były ogródki działkowe, a na stadion nie dojeżdżał nawet autobus. Trzeba było iść pieszo. Stal Stocznia w sezonie 1974/75 była beniaminkiem II ligi, a Arkonia miała w swoich szeregach kilku wartościowych graczy. Wiesław Kwiatkowski, Tadeusz Krystyniak trafili później do Arki Gdynia i wywalczyli z tym klubem puchar Polski. II-ligowe derby zapowiadały się pasjonująco głównie z uwagi na wiele podtekstów. Stal była nową siłą w szczecińskim futbolu, Arkonia klubem raczej nielubianym z uwagi na resort, który ją reprezentował. W meczu rozgrywanym na boisku Stali padł remis 1:1, natomiast na boisku w Lasku Arkońskim niespodziewanie triumfowali goście 1:0. Być może ten mecz zadecydował o tym, że do III ligi spadła Arkonia, a nie Stal. Arkonia na mecie rozgrywek zajęła pierwsze ze spadkowych miejsce, a Stal ostatnie, które dawało utrzymanie. Stal Arkonię wyprzedziła o dwa punkty. Gol i wygrana z Pogonią Henryk Waliłko po powrocie ze Stanów Zjednoczonych jeszcze raz zasilił szeregi Stali Stocznia i był to najlepszy okres w dziejach klubu. W roku 1979 Stal była beniaminkiem w drugiej lidze, a spadkowiczem była Pogoń. Oba zespoły w pierwszym w historii derbowym meczu spotkały się we wrześniu 1979 roku i niespodziewanie na stadionie przy ul. Twardowskiego goście wygrali 4:3. Jedną z bramek zdobył 32-letni wówczas Henryk Waliłko. To był pożegnalny występ w barwach Pogoni Henryka Wawrowskiego, który po ukończeniu 30. roku życia mógł wyjechać do klubu zagranicznego. Ówcześni piłkarze Pogoni twierdzili, że główną winę za degrengoladę Pogoni w tamtym czasie ponosił trener Konstanty Pawlikaniec. Porażka ze Stalą Stocznia przelała czarę goryczy. Trener Pawlikaniec został zwolniony, a jego miejsce zajął Jerzy Kopa, który pracował w Pogoni prawie trzy lata, stworzył kapitalny zespół, dwukrotnie awansował do finału Pucharu Polski i do ekstraklasy. Pawlikaniec natomiast nie prowadził już później żadnej ligowej drużyny w kraju. Henryk Waliłko jako piłkarz awansował do drugiej ligi z Arkonią, dwukrotnie uczynił to ze Stalą Stocznia, raz jako szkoleniowiec po dramatycznym derbowym meczu z Gwardią Warszawa. Jako piłkarz miał wszelkie predyspozycje, żeby zostać piłkarzem co najmniej na poziomie ekstraklasy. Zabrakło mu trochę szczęścia. Jego klub Arkonia znalazł się w bardzo złym momencie w okresie, kiedy Henryk Waliłko wchodził do gry na poziomie seniora. W Stali był piłkarzem nieocenionym, znakomitym asystentem, dobrą duszą zespołu, przez całe swoje życie związany z futbolem w Szczecinie zarówno jako piłkarz, jak i szkoleniowiec. ©℗ Wojciech PARADA

polscy pilkarze ktorzy odeszli